• Natalia J. Kraus

Akceptacja - trudne słowo

Zawsze miałam duży problem z akceptowaniem tego, co nie idzie zgodnie z planem i wymyka się spod mojej pilnie strzeżonej kontroli. Lubię, gdy wszystko jest tak, jak powinno być i kolejne kroki są przewidywalne. Plan działania to dla mnie azyl bezpieczeństwa. No niestety. W życiu bywa jednak inaczej, niż sobie to skrupulatnie zaplanujemy.


Postanowiłam, że popracuję trochę nad tą swoją akceptacją rzeczywistości, żeby po prostu żyło mi się łatwiej, spokojniej, bez nerwów. Czytam od jakiegoś czasu książkę "Miej umiar" Natalii Knopek. Natknęłam się tam na dwa stwierdzenia, które natychmiast zakreśliłam swoim żółtym, odblaskowym markerem (zawsze tak robię, gdy znajdę coś ważnego w książce). Pierwsze z nich to: "Gdy akceptujemy, wszystko zaczyna nam sprzyjać". A drugie: "Wszelkie zmiany zaczynają się od akceptacji, a nie od walki". Och, jakie to dla mnie trudne!


Jestem z tych typów, które lubią, gdy wszystko jest pod kontrolą. Ordnung muss sein (porządek musi być). I najlepiej, jak ten porządek jest z góry zaplanowany i odhaczony w notesie, jako wykonany. Tak trochę po żołniersku, ale tak mnie wychowano, co ma swoje złe i dobre strony, jak zawsze. W każdym razie ta potrzeba nieustannej kontroli i planowania z jednej strony daje mi poczucie bezpieczeństwa i zarządzania swoim życiem, a z drugiej nieźle daje mi na co dzień w kość, bo przecież tak się nie da. Na różnych terapiach, które gdzieś tam po drodze zaliczałam, słyszałam, że "jestem żołnierzem i ciągle ze wszystkim walczę, a tu nie ma żadnej wojny i trzeba wyjść z okopów". No próbowałam wyjść, ale zaraz potem życie znowu kłody pod nogi, a ja wtedy znowu do walki, no bo przecież co innego, miałabym się poddać? W ten sposób spędziłam większość swojego dorosłego życia na ciągłej walce z rzeczywistością, która oczywiście jest bardzo wyczerpująca.

Dobrze więc. Postanowiłam zatem zacząć akceptować. Akurat nadarzyła się okazja, bo moja 3-letnia córka znowu złapała infekcję w przedszkolu. To dla mnie bardzo trudne, bo nie cierpię chorób, a zwłaszcza, kiedy to dotyczy mojego dziecka i jest kolejną z rzędu infekcją. Z dużym trudem mi przyszło zaakceptowanie takiego stanu rzeczy, choć pomogła mi pani pediatra, która cierpliwie wyjaśniła, że dziecko po dostaniu się do przedszkola pierwsze dwa lata będzie chorowało i to całkowicie normalne. Trzeba przetrwać. Pomogło.

Niestety życie jest bardzo dowcipne czasami i jak już mi się prawie udało zaakceptować to, że Sara jest znowu chora to ....ja się zaraziłam od niej. A ja jestem właśnie w 8. miesiącu ciąży i jak to w ciąży nie za bardzo mogę brać jakiekolwiek silniejsze specyfiki, a do tego są mega upały (które zawsze źle znosiłam) i lejący się z nosa katar to już duże dla mnie wyzwanie. Dobra. Dawałam radę, bo tłumaczyłam sobie, że tydzień max i stanę na nogi. Faktycznie po kilku dniach było lepiej. Juhu!!! Aż tu nagle ni z tego ni z owego katar się powiększył i praktycznie zapchał mi totalnie nos. I w gardle zaczęło drapać. A magiczny tydzień na chorobę minął! Nie wiem, czy to zadanie, któremu podołam, choć słyszałam kiedyś, że ponoć nie dostajemy od losu zadań, których nie moglibyśmy przejść. Szkoda, że aż tak we mnie wierzą "tam na górze". No i co teraz? Nie, nie potrafię zaakceptować. Dlaczego kobieta w 8. miesiącu ciąży, której i tak jest ciężko, która i tak ledwo znosi te upały, która musi się opiekować na co dzień nie do końca zdrową jeszcze 3-latką, dlaczego ona ma teraz cierpieć przez lejący się katar i zapchany nos? No dlaczego? I na czym ta akceptacja ma teraz polegać? Mam się położyć do łóżka i czekać, aż samo przejdzie?


Wybrałam model zaopiekowania się sobą. Tak, to pośrednio akceptacja. Może nie aż taka całkowita, ale przynajmniej od czegoś zaczęłam. A więc ok. Mam mega katar. Dobrze. Po coś on przyszedł. Zaaplikowałam sobie cebulę, kupiłam granulki homeopatyczne, zrobiłam herbatę z cytryną i miodem, włączyłam nawilżacz i siedzę. Nie, nie czekam na cud uzdrowienia, bo to by oznaczało, że wcale nie zaakceptowałam. Po prostu "w nosie mam ten katar"! Niech sobie będzie. Nie dam mu odebrać radości z tego dnia. Moja córka właśnie sama skorzystała z nocniczka (odpieluchowanie nastąpiło całkiem niedawno). To prawdziwy powód do radości! A teraz będziemy się razem bawić. Mimo kataru. Akceptuję go.


A Wam jak idzie z akceptacją?



0 wyświetlenia

Dandelions sp. z o.o., ul. Chmielna 73 b lok. 14, 00-801 Warszawa​​

© 2017 by Dandelions sp. z o.o. Proudly created with Wix.com

Kontakt